czwartek, 4 grudnia 2014

Bezogonek

Kochani, ogłoszenie parafialne...

https://www.facebook.com/events/828877297158126/?fref=ts


Bezogonek, bo tak go nazwano, biega po malutkim, schroniskowym boksie w kółko i nosi w zębach swoją miskę. To jedyne, co ma "prawie na własność". Poza miską nie ma już nic - domu, człowieka. Uszy po sobie i wiecznie pusta metalowa micha w zębach. Nikt go nie wypatrzył, nikt mu nie dał szansy, a psiak gaśnie w schronisku. 

Dziś Bezogosiu ma na imię Mars i mieszka w hoteliku. Zbieramy pieniądze na opłacenie hotelu. Powrót do schroniska by go zniszczył... 


Zapraszam Was do dodawania rzeczy na bazarek i kupowania, może upatrzycie coś dla siebie. Będziemy dodawać ciągle coś nowego. Wszystkie pieniążki idą na konto fundacji i opłatę nowego, lepszego życia Bezogonka.

Jeśli macie w domu przeczytane książki, do których już więcej nie zajrzycie, biżuterię, która się znudziła, a może niechciany zestaw filiżanek... dodawajcie śmiało :) I udostępniajcie, może ktoś ze znajomych zechce coś kupić.




PAULINA

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Ab ovo


Bardzo uprościłam swoje życie. (Tak, oczywiście, że zostawiam czarną Chanelkę, ale..)
Jest takie powiedzenie, byś usunął ze swojego życia wszystko, co Ci nie służy, zamiótł, strzepnął kurz, zmienił płytę...

Przestałam używać Facebooka jako takiego. Owszem, raz na trzy dni zajrzę, wrzucę jakiś motywujący obrazek z pogranicza filozofii, psychologii i coachingu. Czasem napiszę jakieś wynurzenie. Nie bywam tam jednak dłużej niż dwie-trzy minuty. Od dawien dawna nie odwiedzam żadnych forów internetowych, czy grup. Właściwie uciekam jak mogę od świata wirtualnego.



Coaching, a w zasadzie moja trenerka (http://coachdlaciebie.com/) i dalekowschodnie filozofie mocno uświadomiły mnie, jak ważna jest spójność, jako taka. Tak jest łatwiej, szczęśliwiej, prościej... I ja o tej prostocie właśnie.

Zrezygnowałam ze społecznościowych mediów, choć w telefonie nadal mam Skype i Messengera, gdyby ktoś coś pilnie ode mnie chciał, a nie miał mojego numeru. Mało kto go w sumie ma. Bardzo cenię sobie prywatność i święty spokój.
Mówią, że trzydziestka jest przełomowa. Jest, w tymże sensie, iż przestajesz się przejmować... swoją trzydziestką (i masą innych rzeczy). Kończy się czas "muszę komuś/światu coś udowodnić", a rozpoczyna czas "nic nie muszę, jestem szczęśliwa". Przebranżawiam się, bo bardzo tego chcę, bo zgłębianie interesującej mnie wiedzy sprawia mi ogromną przyjemność. Uczę się właśnie dlatego, że szkoła daje mi niesamowitego kopa pozytywnej energii. Przy okazji, każdemu, absolutnie każdemu polecam... Nawet tylko dla siebie, dla wsłuchania się w siebie i odkrycia na nowo. http://szkolacoachingu.edu.pl/
Nigdy nie myślałam, żeby zostać coachem. Owszem, pasjonowała mnie psychologia, neuropsychologia, ale do szkoły poszłam dla siebie. Dziś widzę w coachingu i neurolingwistyce swój wymarzony zawód. Marzy mi się Style Coaching, dziedzina jeszcze niezbyt popularna w naszym kraju. Najprościej mówiąc połączenie psychologa ze stylistką.
Psychologowie bywają jak ten szewc bez butów - sami borykają się z wciąż nierozwiązanymi konfliktami z przeszłości. Dlatego i oni często lądują w szkołach coachingu, gdzie poza wiedzą, trzeba wykonać też ogrom pracy nad sobą. Ale to jest ta przyjemna praca w odkrywanie i zrozumienie siebie. Najprzyjemniejsza praca, jaką chyba można sobie wyobrazić. Przywołuje na myśl radosne zajęcia w przedszkolu w słoneczne dni.



Ale ja nie o tym... Jak zwykle zaraz wyjdzie mi z wpisu tasiemiec. Ja o upraszczaniu codzienności, by zyskać czas, spokój i zadowolenie.

Zrobiłam kolejny remanent, niejako przygotowujący mnie do zmiany szafy na .. mniejszą. A przynajmniej to było źródłem mojej motywacji. Pozbyłam się wszystkich ubrań, które założyłam jeden, dwa razy w życiu, albo wcale. Po kilku miesiącach mieszkania tutaj czuję się jak Nina Garcia podczas remontu jej nowojorskiego mieszkania, kiedy to musiała z mniejszego, wynajmowanego, przez rok biegać do swojej garderoby w drugim i zabierać z niej tylko to, co aktualnie zamierza założyć. Tym sposobem stworzyła dwie genialne książki, notabene bestsellery New York Timesa.

Wracając na chwilę do owego remanentu... przeszłam się po domu z workiem, wrzucając do niego wszystkie kurzołapki durnostojki, które miast ozdabiać, tworzyły tłok i wizualny chaos. I tak na parapecie zostały cztery świeczniki w tym samym stylu - białe i srebrne, biała latarenka i lusterko do malowania. Książki pozostawiłam tylko te, które mam znów ochotę przeczytać, a w pustym miejscu na półce ustawiłam białe i czarne ramki, które kiedyś zajmowały ścianę nad monitorem. No... połowę z nich. Na komodzie dwie szklano-sznurkowe latarnie/świeczniki i nocną lampkę. Całośc ocieplają duże, futrzane poduszki w naturalnych kolorach, biała, mięciutka narzuta oraz kilka mini kaktusików na blacie barku. Na stoliku białe, drewniane pudełko z chusteczkami. I koniec. Kuchnię ocieplają trzy wiklinowe kosze w kolorze starego drewna i potrójna doniczka z zieleniną. I już. Nic się nie pałęta, nic nie trzeba wycierać z kurzu, przestawiać do sprzątania. W łazience, jak może pamiętacie, nie mam prawie nic, bo używam dwóch, trzech kosmetyków. Suszarka i prostownica stoją w dużym, wiklinowym koszu pod lustrem w pokoju, bo tu zawsze się czeszę.

Tylko, że ja znów nie o tym...

Wracając do Niny i jej książek. Przejrzałam sobie ostatnimi czasy zdjęcia modelek. Zawsze fascynowała mnie ich nonszalancja w ubiorze. Wygoda, luz i niepodważalny styl w jednym. Czy to nie był by ideał mody? Nigdy więcej prasowania, wbijanie się w niewygodne, acz ładne, choć krępujące ruchy kiecki, sklejania włosów lakierem i godzin przy lustrze... Pomyślicie może teraz - mężczyznom się to podoba. Może i tak, ale nie zauważyłam żadnych zmian w ich zainteresowaniu, kiedy jestem bez makijażu, w kitce i adidasach. Tak samo nikt jakoś nie uciekł, kiedy przestałam, z lenistwa, malować paznokcie... Miałam lat 20+ i myślałam, że "muszę". Teraz mam 30 i wiem, że nic nie muszę. Nie żebym nie przechodziła swojego rodzaju kryzysu i nienawiści do mojego, nic nie winnego kota, symbolu staropanieństwa w końcu! Nie zakładam szpilek na randkę. Zakładam je, kiedy najdzie mnie na to ochota. Maluję się, tylko kiedy mam ku temu nastrój. Już z niczym się nie spinam. Nie robię nic, bo wypada. A tam, gwiżdżę na to, nie ubieram w tym roku choinki! Mam niechcieja...

Szukałam więc odpowiedzi jak pogodzić mojego luzaka-niechcieja i estetę. Lubię ładnie wyglądać, ale najchętniej przy minimalnym, włożonym w to, wysiłku. W końcu idealny styl, to ten, który jest niewymuszony i wygląda nonszalancko. Trafił mi się taki przykład w internecie, którym pozwolę się posłużyć. Dwie Panie w identycznych płaszczach od Macieja Zienia. Jedna wygląda niczym nowojorska modelka (choć to nakrycie głowy jakoś nie bardzo, torebka również...), druga... tak, jakby zaraz miała się potknąć, udusić golfem, a twarz popękałaby jej za chwilę od nadmiaru tapety. Jeden look stylowy i niebanalny, drugi wręcz małomiasteczkowy, ot w typie Zosia idzie na wesele wujka, poprawny niczym stylizacja na pierwszą Wigilię u teściów. Nie muszę pisać, który jest który, oceńcie same :)
Swoją drogą ten płaszcz jest paskudny ;)




Przeglądając zdjęcia modelek z ich życia prywatnego (tak, modelek, bo kto ma więcej do czynienia z high fashion niż one), doszłam do paru wniosków:

- Kapelusz, im większe rondo tym lepsze. Na chłodniejsze okresy z filcu bądź wełny, na lato słomkowy. Doda całości niebanalnego wyglądu i ukryje źle ułożone włosy (albo nie umyte, a i takie dni się zdarzają). Do długich włosów fajnie wygląda też po prostu czapka.

- Okulary słoneczne (oczywiście w ładną pogodę, bo zawsze bawiły mnie dziewczyny noszące wielkie muchy w pochmurne dni). Najlepiej coś z modeli Ray Banów, choć jedne aviatory i wayfarery są obowiązkowe. Ja jeszcze uwielbiam model Jackie Ohh. Przydają się, kiedy nie chcemy całemu światu objawiać swoich podpuchniętych, nieumalowanych oczu.

- Czarna, skórzana ramoneska. Z doświadczenia wiem, że nosi się ją ciągle... nie gniecie się, nie niszczy i nie traci fasonu. Pasuje ... praktycznie do wszystkiego i jest ponadczasowa. Obecnie w Zarze jest idealny model z wszytymi gumkami po bokach za 699zł.

- Biała koszula oversize - do eleganckich szortów, jeansowych, rurek, spódnicy ołówkowej, mini... do wszystkiego.

- Sweter oversize, najlepiej szary.

- Czarne botki z szeroką cholewką. Gdzieś wyczytałam, że dają efekt wyszczuplenia nóg i chyba coś w tym jest, bo ja się z nimi nie rozstaję.

- Ciemne rurki - granat, grafit, czerń.

- Szary, czarny sweter typu basic lub po prostu bluza. Polecam Wam kupić choć jeden kaszmirowy - nie będziecie go chciały oddać do prania, bo to oznacza rozstanie :)

- Czarne poncho.

- Czarny żakiet, najlepiej nie taliowany i noszony rozpięty, ale też nie jestem zwolenniczką marynarek typu boyfriend uszytych ze szmaty do podło... tzn dzianiny dresowej.

- Jeansowe szorty.

- Czarne eleganckie szorty, albo czarne skórzane.

- Skórzane rurki. Idealne do swetra oversize, czy białej, lekkiej koszuli.

- Luźne t-shirty: białe, czarne, szare, granatowe, beżowe. Byle bez nadruków.

- Jakiś rockowy t-shirt. Wygląda genialnie do czarnego żakietu i ołówkowej spódnicy.

- Letnia sukienka w kwiaty - maxi, czy krótka, z ramoneską będzie zawsze świetnie wyglądać. Tak samo krótka z ciężkimi, motocyklowymi buciorami. Najlepsze będą sukienki o kroju skater lub litery A. Flaczki od kiełbasy jakoś nie utrzymały się w modzie.

- Spódniczka w kształcie litery A bądź skater. Do ramoneski na lato - w kwiatki, do swetra oversize na zimę - gładka. Obie będą świetnie wyglądać ze zwykłym, luźnym t-shirtem.

- Czarne, kryjące rajstopy.

- Cienkie, bawełniane szaliki w monochromatycznych kolorach.

- Jeansowa kurtka.

- Minimalistyczne, czarne sandałki na płaskim obcasie.

- Białe i czarne sneakersy. Mają być wygodne!

- Mała torebka, czarna, w stylu Chanel i druga duża, im prostsza tym lepsza (może np brązowa).

- Sneakersy łączmy z chanelką, a szpilki ze skórzanym plecaczkiem. Przeciwieństwa tutaj się lubią.













































Te i parę innych rzeczy widzę w modzie niezmiennie od lat, a były noszone jeszcze zanim pojawiłam się na świecie. Nie wymagają wymiany co sezon i nie stają się niemodne. Nie da się ich źle skomponować, nie będzie obciachu ;)

Nie wiem, jak Wy, ale ja mam serdecznie dosyć poprawiania paska na bluzce i nie zakładania jakiejś koszuli, bo jak pomyślę o jej ponownym prasowaniu... Meh...

Co natomiast o tej ponadczasowości mówi Nina, która musi czasem zakładać coś bardziej eleganckiego niż jeansy? Zerknijmy...

- Do trapezowej małej czarnej, choć ja wolę krój skater, Nina proponuje kryjące, czarne rajstopy i czarne botki bądź kozaki.

- Czarne botki najlepiej jest łączyć z ciemnymi spodniami, czarnymi lub czarnymi, kryjącymi rajstopami - efekt wydłużonych nóg murowany.

- Bransoletki kółka (ja mieszam srebrne i złote). Minimum 6, choć moja kolekcja to 20 cieniutkich kółeczek. Z doświadczenia wiem, że pasują zarówno do sukienki boho, jak i czarnego żakietu i koktajlowej małej czarnej.

- Kardigan oversize. Oj tak, jest to kolejna rzecz, która nigdy, przenigdy nie wychodzi z mody.

- Wełniany płaszcz - również pasuje zarówno do jeansów, jak i wieczorowej sukienki.

- Kopertówka - tak, jeśli miewasz okazje, by ją nosić, bo z mojego doświadczenia jest zwyczajnie... niepraktyczna.

- Nina wspomina o pierścionku koktajlowym do małej czarnej, jako jedynej biżuterii. Mnie jednak głównie sprawdza się on do stylizacji w letnich klimatach boho.

- Conversy :)

- Dwie szerokie, identyczne bransoletki na nadgarstki. Były nawet mocno lansowane ostatnie lata - osobiście uwielbiam.

- Espadryle. Ja mam po prostu sandałki ze sznurka na sznurkowej koturnie... od lat :)

- Skórzane rękawiczki do żakietów z rękawem 3/4 - mega pomysł!

- Kowbojki.

- Spodnie khaki. (Ostatnio trafiłam świetne na wyprzedaży w Zarze)

- Biała letnia sukienka. Na dzień i nocną imprezę. To faktycznie nie wychodzi z mody...

- Ołówkowa spódnica - tak, jeśli lubisz... ja swojej nigdy nie założyłam, bo nie musiałam.

- Naszyjnik z pereł.

- Jedwabna apaszka. Jedna, a jakaś klasyczna, markowa... Taka, z którą będziesz się utożsamiać.

- Ostentacyjny, ciężki w formie naszyjnik. Najlepiej wygląda do małej czarnej i gładkich t-shirtów.

- Klasyczny trencz. Jeśli oczywiście lubisz trencze... mój, mimo, że wyglądam w nim naprawdę dobrze, wisi w szafie...

- Kolczyki koła. Im większe i cieńsze, tym bardziej są seksowne :)

- Zegarek na bransolecie w męskim stylu.

Większość rzeczy, które wymieniłam wcześniej też powtarza się u Niny.



Przyjaciel ostatnio zaskoczył mnie pytaniem:
- Nie tęsknisz? No wiesz, do bloga i tego wszystkiego...
- Nie. Odpowiedziałam najszczerzej jak umiałam, wertując pilnie wszystkie znane mi fashion blogi jednoczesnie.
(No przecież nie widzi mnie przez słuchawkę telefonu!)
I nie czyta bloga. Prawda? Prawda??? PRAWDA?!

Ale wiecie, co znalazłam na tych blogach? Niemalże NIC! Stylizacje przypominające już bardziej zdjęcia z katalogów, gdzie każde ubranie można przedstawić i ułożyć tak, by wyglądało atrakcyjnie, a w praniu w ogóle nie da się tego nosić. Zestawy albo na bal przebierańców, albo... na pokaz mody w Paryżu. Z przewagą tych pierwszych. Obwąchałam Chicisimo, ModnąPolkę, Lookbooka. Przejrzałam sklepy internetowe. Nic się nie zmieniło, nie weszło nic innowacyjnego. Jest to, za przeproszeniem, od dłuższego czasu mielenie tego samego gówna. Bo w modzie już niewiele da się wymyślić, jeśli nie nic. Kolorowe gazetki mówią, w tym sezonie (jak już 6 razy w ciągu ostatnich dziesięciu lat), stawiamy na żółty, a w tym sezonie na fuksję, bo już od roku nie była modna... I ja mam trzymać 10 kufrów odzieży posortowanej według kolorów, żeby wyglądać jak ofiara Avanti, Elle czy InStyle? Ha, ha, ha... NO!

Przez rok w ogóle ciuchy nie były mi w głowie. Bardziej moje myśli zaprzątało znalezienie odpowiednio miękkiej do ręcznego szlifowania gładzi polimerowej, czy rolety mającej na szerokość ponad 200cm. I po tym roku widzę, że w zasadzie nic mnie nie ominęło. Modelki nadal ubierają się dobrze, a celebrytki nadal noszą mini sukienki z dekoltem, za małe o dwa rozmiary. Nic mi też nie wiadomo o wynalezieniu nowego koloru...

Więc jeszcze raz - prostota, prostota i prostota. W niej tkwi cały sekret.


PAULINA

czwartek, 18 września 2014

Pozbyć się Trolla

Nie jest dobrze... przez dłuższą chwilę musiałam się zastanawiać, jaki jest adres mojego bloga. Dobrze, że chociaż blogger miał hasło w autozapisie...

Niezgrabnie podrygując w rytm starych utworów KoRna w przód i w tył - na wzór Davisa - dla przeciętnego przechodnia muszę jawić się osobą z atakiem padaczki, a że rolet jakoś jeszcze nie założyłam, no cóż... Kiwam się więc mamrocząc, ile pamiętam z tekstu kawałka Faget i składam swoje zdobycze. Rozsądne zakupy, jak staram się samą przed sobą tłumaczyć. Czytając napis na wewnętrznej stronie t-shirtu uświadamiam sobie swoją geograficzną ignorancję w kwestii położenia Bangladeszu. Składam dalej, zanoszę do szafy i tylko z perfekcyjnym (bo przecież muszę, MUSZĘ) ułożeniem satynowego szlafroka mam problem nie do rozwiązania - jak nie ułożę, tak się rozwali. Porzucam, wracam do cieszącej wzrok kupki na łóżku. I od nowa - w kosteczkę, do szafy, w kosteczkę do szafy. Każde na swoje przydzielone wcześniej miejsce. Natręctwa mają swoje plusy... czasem nawet nazywam je filozofią Zen i idealną harmonią (ciuchów na półce). Półka czeka pusta, od kilku dni, kiedy to wygoniłam z domu trolla. A trolla wygonić nie łatwo, bo siedzi w każdym z nas - wyciągnięty na tyłku i kolanach dres, ale przecież mam go już tyle lat, zżyliśmy się ze sobą! Gatki o idealnym kroju, ale ... no właśnie, one są w tygrysa, a na deser obszyte różową koronką. Nie lubię ich, więc są "po domu". Biała koszulka wpadła do czarnego prania? Po domu! Po domu to odpowiedź na każdą próbę pozbycia się łacha, który woła, że chce do śmieci. Oj było tego... około setki. Kupiony sweter okazał się niewypałem? - Po domu!

I tak by było do dziś, gdyby nie mój stary znajomy, przy którym akurat zmieniałam spodnie z dresu na te "do ludzi".
- Serio?
- Oj wiem, ale mają świetny krój...
- Serio?! To jest tygrys...
- No masz racje, ale po domu...
- TO
- JEST
- RÓŻOWY
- TYGRYS
- No dobra, wyrzucę...

Kto jak kto, ale gość, któremu dobieram na zakupach ciuchy nie może mi wytykać, że sama wyglądam... "po domu". Niby kupuję co jakiś czas garderobę domową, ale zupełnie nie pamiętam o jej dacie przydatności do użytku i tym sposobem zgrabne spodnie do fitnessu zamieniają się w pieluchomajtki dla seniorów.

Dużo czasu spędzam w domu, teraz jako studentka mam jeszcze wakacje i nie widzę najmniejszego sensu, żeby siedzieć ten czas ubrana tak, że aż sama ze sobą źle się czuję. Na szczęście na listonoszu nie robi to większego wrażenia, ale na mnie już tak. Znienawidzony dresik V'S, który miał inny odcień niż na zdjęciu, a każdy pytał dlaczego na turkusie jest napisane PINK, koszulka przywieziona jakieś sześć lat temu z Londynu i obecnie przypominająca ścierkę do podłogi, nieudany sweter, pięć par tygrysich gatek... Długo by wymieniać. Ustawiłam na środku pokoju kosz z nowym workiem i zgodnie z radą Leo Babauta, uzbierałam do niego sto przedmiotów. Łachów, że się tak wyrażę.
Za każdym razem, by poprawić swoją motywację, z kwaśną miną mówiłam do siebie "Serio?!" i wywalałam :) Nie było już rezerwowej opcji "po domu", więc wpadki zakupowe powędrowały do mamy i na psie bazarki. Tym sposobem pozbyłam się spędzającego mi z oczu sen problemu - koszul gniotących się od samego patrzenia na nie. Mama sobie wyprasuje... zresztą to bardziej jej kolory niż moje. Co z metkami i nowe, dawaj na Allegro. Po grzyb mi trzy identyczne, czarne ramoneski? Out! Po co mi dwie pary białych jeansów, sweter, który "może kiedyś założę", ciuchy w kolorach, które zupełnie mi nie pasują... A tak, tego... ten kolor był chyba modny... kiedyś, tylko, że wyglądam w nim jak topielec wyłowiony po dziesięciu latach z zimnego jeziora.
Z ciuchami po domu miałam zawsze ten problem, że "szkoda", szkoda niszczyć. Jedynym sposobem było więc wyrzucenie wszystkiego, żebym nie mogła wcisnąć się w ulubionego wycierucha, zostawiając nowe, zgrabne dresiki na "specjalną okazję", cokolwiek miałoby to niby znaczyć.

Tak nam zakodowano, nam urodzonym w latach osiemdziesiątych, kiedy wędlina i papier toaletowy były jeszcze na kartki, a o pampersach nikt nie słyszał. Trudno było cokolwiek dostać, więc wszystko składowano na specjalne okazje, które koniec końców nigdy nie następowały.  I tak w moim domu rodzinnym rosły sterty kieliszków wyciąganych tylko raz w roku na imieniny, sweterków, z których nieubłaganie wyrastałam, a nawet zabawek, które były starannie pakowane i chowane. Jaka może być bardziej specjalna okazja, niż życie? Ślubna zastawa mojej Babci... Nie wiem, czy użyła jej choć raz. Umarła rok temu.
Ileż to miałam ciuchów na "specjalne okazje", które zwyczajnie i bezpowrotnie wyszły z mody, albo po prostu przestały mi się podobać.
Specjalne okazje są każdego dnia, bo nigdy nie wiemy, ile tych dni nam jeszcze zostało.

Była u mnie niedawno znajoma, mierzyła jedną z sukienek, które sprzedawałam. Pod zwyczajnym, luzackim ubraniem miała piękny komplet bielizny idealnie kontrastujący z jej świeżą, wakacyjną opalenizną. Cholera, kiedy ja miałam na sobie komplet? Na randce? Nie pamiętam... Prawdopodobnie tylko podczas "specjalnych okazji" :/ Kiepsko, kiepściutko. Mieszka we mnie mały, kudłaty troll i ma się całkiem dobrze, jednak co zrobi, gdy nie będzie miał w co się ubrać?



Moje antytrolowe zestawy domowe :)
Reszta w śmietniku.

 Całość Etam, Buty H&M


H&M



Koszulka Etam, reszta H&M


H&M

Całość H&M, buty Etam



PAULINA

środa, 11 czerwca 2014

Green gold

Kilka ostatnich zdjęć mojej norki :)



Koszula - Zara - ubiegłoroczna wyprzedaż
Rurki - Zara - mają 3-4 lata
Koturny - Aldo - również 3-4
Kopertówka - Mohito - 2 lata
Naszyjnik - S.Oliver - 4-5 lat
Bransoletki - Ebay - 4-5 lat



POSH